Witam Was po kilkuletniej przerwie i zapraszam na sentymentalną podróż do początku XX wieku – czasów ogromnych przemian politycznych, a także wyścigu wielkich odkrywców o zdobycie najbardziej oddalonych, niedostępnych miejsc na kuli ziemskiej; do ery badań prowadzonych przez takie osobistości jak Gerlache, Shackleton, Scott czy bohater dzisiejszej recenzji – Roald Amundsen.
Koniec XIX i
początek XX stulecia uznawane są za złoty wiek badań antarktycznych (ang.
„Heroic Age of Antarctic Exploration”), choć ówczesne badania nie ograniczały
sie jedynie do tego regionu. Był to czas, w którym dalekie podróże w poszukiwaniu
Przejścia Północno-Zachodniego czy próby zdobycia jednego z dwóch biegunów
fascynowały świat, a kolejne dosniesienia o sukcesach wypraw elektryzowały
opinię publiczną.
Jednym z
najgłośniejszych okazał się odbywający się w latach 1910-1912 wyścig Roberta F.
Scotta z Roaldem Amundsenem o zdobycie bieguna południowego – mimo że marzeniem
tego drugiego od zawsze było dotarcie do przeciwnego zakątka Ziemi. Amundsen
przez długi czas nie zdradzał swych planów nawet towarzyszom podróży; jej
oficjalny plan zakładał rejs po innej trasie, jednak według zapewnień
norweskiego polarnika wszyscy uczestnicy mającej odbyć się wkrótce wyprawy na
biegun z ochotą przystali na próbę dopłynięcia do najbardziej wysuniętego na
południe miejsca na kuli ziemskiej.
Książka Amundsena
rozpoczyna się opisem przygotowań do podróży oraz tłumaczenia z uznawanego
przez wielu za nieuczciwe współzawodnictwa ze Scottem. Chwilami trudno się
połapać w opisach geograficznych nie studiując książki z mapą w ręce, ale taki
już urok podobnych publikacji. Warta odnotowania jest natomiast podkreślana przez
Amundsena w wielu miejscach przezorność i przewidywanie ewentualnych trudności,
a co za tym idzie odpowiednie dostosowanie zabieranego w podróż sprzętu, ubrań i
zwierząt.
Właśnie,
zwierzęta. Temat raczej trudny. Mam dość liberalne poglądy w pewnych kwestiach,
jednak tresowanie i zmuszanie psów do posłuszeństwa biciem zdecydowanie się w
nie nie wpisuje. Norweg z zachwytem opisywał w późniejszych rozdziałach to, jak
bardzo zwierzaki kochały tego czy tamtego uczestnika wyprawy, a mnie się
wydaje, że zwyczajnie się ich bały. Bardzo nie spodobało mi się też zabijanie
psów po dotarciu do takiego a takiego punktu tylko dlatego, że nie były już
potrzebne – tego rodzaju akcje zgrzytały mocno w starciu ze szlachetnością i
zdroworozsądkowym podejściem, tak często podkreślanych przez Amundsena. I nie
pomaga tu fakt, że wydarzenia te miały miejsce ponad sto lat temu.
O ile cokolwiek
mogę tu zaliczyć na plus, to chyba tylko fakt, że martwe zwierzęta nie były
wyrzucane, z pożytkowane w całości – czy przez ludzi, czy przez inne psy.
Jeden rozdział książki
szczególnie przypadł mi do gustu; to w nim właśnie Amundsen oprowadza
wyimaginowanego gościa po całym Framheimie (czyli bazie na Lodowcu Szelfowym
Rossa), pokazując mu codzienne życie polarników oraz wprowadzane rozwiązania.
Niesamowite były opisy podziemnych, czy też raczej podśnieżnych tuneli,
pomieszczeń, rozkładu całego obozu. Podczas czytania tych fragmentów miałam wrażenie,
że oto razem z bohaterem obchodzę wszystkie zabudowania, przeciskam się przez
wąskie lodowe tunele i czuję na twarzy lodowaty wiatr.
Sama wyprawa na
biegun o dziwo trochę mnie znudziła. Opisy straszliwych skupisk lodu, pasm
górskich, szczelin i urwisk wciąż nasuwały mi pytanie „Po co? Po co w to brnąć,
ryzykować życie swoje, towarzyszy, zwierząt?”. Ale Amundsen się nie poddawał i
w końcu dotarł do upragnionego celu. Tylko czy na pewno?
„Nie mogę powiedzieć, że osiągnąłem wówczas cel mego życia. (…) nikt nie był bardziej oddalony od celu swego życia niż ja w owej chwili. Od dzieciństwa marzyłem o biegunie północnym, a zdobyłem południowy”.
I to rozczarowanie
rzeczywiście nie do końca udało się Norwegowi ukryć. Wydawało mi się, że podjął
się wyścigu ze Scottem tylko dlatego, że mógł. Na pierwszych kartach książki jeszcze
o nim wspominał, po powrocie z bieguna natomiast pojawiła się jedynie krótka
informacja, że nikt nic nie wiedział o losach Terra Novy (statku angielskiego
odkrywcy). Dziwi to szczególnie biorąc pod uwagę, że kilka lat później Norweg
wyruszył z akcją ratowniczą na pomoc człowiekowi, którego – w przeciwieństwie
do Scotta nie było za co podziwiać. Ale to już tylko taka moja dygresja.
Czego jeszcze mi
zabrakło? Zdjęć. Amundsen co rusz pisał o uwiecznianiu różnych ciekawych lokalizacji,
współtowarzyszy czy siebie. O ile rozumiem brak możliwości umieszczenia
fotografii w pierwszym wydaniu, o tyle wydaje mi się, że w dzisiejszych czasach
nie powinno być to problemem, szczególnie że część z nich dostępna jest w
domenie publicznej. Po przeczytaniu wyszukałam sobie niektóre obrazy w Internecie,
ale było już po ptakach. Myślę, że dołączenie oryginalnych zdjęć do książki wywarłoby
na czytelniku duże wrażenie.
Żeby nie było:
Amundsena wielbię, podziwiam, jestem zachwycona tą postacią. Nie do końca
chciało mi się wierzyć, że wszystko podczas wyprawy przebiegało tak gładko – nie
dochodziło do wymiany zdań, nikt się nigdy na nic nie poskarżył i tak dalej. Trzeba
mu jednak przyznać, że dokonał rzeczy wielkiej, nawet jeśli nie to było jego
marzeniem. Dzięki takim właśnie ludziom poznajemy tajniki przyrody, zasady
funkcjonowania świata, uczymy się, jak o niego dbać. I choćby nie wiem jak
bardzo przesłodzona była wersja Amundsena, tych zasług nikt mu nie odbierze.
Książkę oceniam
na 4 z 5 gwiazdek.
****
Język: polski
Język oryginału: norweski