Wednesday, 23 October 2024

Jan Brzechwa: „Akademia Pana Kleksa” - recenzja z przymrużeniem oka


„Akademia Pana Kleksa” to dzieło z dzisiejszej perspektywy dość… nietypowe. Adaś Niezgódka, 12-letni rudy gamoń o dwóch lewych rękach za karę za kolejne nieposłuszeństwo zostaje wysłany przez rodziców do tajemniczej Akademii Ambrożego K. W jakim celu? Tak naprawdę nie bardzo wiadomo, w placówce tej dzieci bynajmniej nie uczą się bowiem „ani tabliczki mnożenia, ani gramatyki, ani kaligrafii, ani tych wszystkich nauk, które są zazwyczaj wykładane w szkołach”. Nie jest to też ani szkoła przetrwania, ani zakon, ani poprawczak – jednym słowem żadne z miejsc typowo wychowawczych.

Akademia przedstawiona zostaje nam jako miejsce zaczarowane, obiekt westchnień i marzeń wszystkich młodocianych chłopców. Adaś w każdym razie wydaje się zachwycony, nie do końca tylko wiadomo czym. Dzieciaki czas w Akademii spędzają przeważnie na nauce i sprzątaniu, czasem ktoś do nich wpadnie, czasem pójdą na wycieczkę. Czytając trzymałam się jednak nadziei, że akcja wkrótce się rozkręci. Czy miałam rację?

Jedną z pierwszych misji Adasia jest wycieczka do bajki Andersena o dziewczynce z zapałkami. Dlaczego akurat tam, a nie na przykład do sklepu? Nie mam pojęcia, jednak taki ruch ma raczej słabe walory wychowawcze, chyba że chce się młodemu człowiekowi zafundować traumę do końca życia:

„(…) po chwili zza rogu ukazała się mała, zziębnięta dziewczynka z zapałkami. Pan Andersen wziął od niej jedno pudełko i podał mi je, mówiąc:
- Masz, zanieś to Panu Kleksowi. I przestań płakać. Nie lituj się nad tą dziewczynką. Jest ona biedna i zziębnięta, ale tylko na niby. Przecież to bajka.”

No i co, że bajka? W związku z tym dzieciak nie ma prawa jej współczuć, spróbować pomóc? Skoro to bajka, powinien mieć możliwość udzielić dziewczynce wsparcia – dać jej ciepły płaszczyk, zapłacić za zapałki (przypominam, że Andersen po prostu zabrał jej pudełko i dał Adasiowi, więc nie dość, że na mrozie, to dziewczynka pracowała jeszcze gratis) czy uchronić ją przed śmiercią. Ale nie mógł, bo „to bajka”. Przecież to jest głupie.

A propos.

W Akademii przebywa również Mateusz. Niby szpak, ale jednak nie. Okazuje się, że Mateusz to zmieniony dawno temu w ptaka książę czegoś tam. Krnąbrny, pretensjonalny, bananowy następca tronu postanowił swego czasu sprzeciwić się kategorycznemu zakazowi jazdy konnej i podczas nocnej wędrówki do lasu zabił króla Wilków, narażając na zagładę całe królestwo. Nie ma w tej historii nic, co skłoniłoby mnie do współczucia jej bohaterowi czy obdarzenia go sympatią. Nie ma w niej nic, co skłoniłoby mnie do kibicowania mu w próbach powrotu do ludzkiej postaci (których to prób nie podejmuje, bo widocznie jemu też nie zależy). Po co została więc umieszczona w książce? To kolejne pytanie retoryczne. Adaś w każdym razie strasznie się przejmuje i postanawia pomóc Mateuszowi – nie jestem tylko pewna, czy nie wbrew woli tego ostatniego.

Przyjrzyjmy się jednak samemu Panu Kleksowi. Jedną z jego cech charakterystycznych są piegi. Ale nie takie zwykłe piegi! Posłuchajcie, w jaki sposób właściciel Akademii je zdobywał:

„Co czwartek przychodzi z miasta pewien golarz, imieniem Filip, i przynosi Panu Kleksowi świeże piegi, które za pomocą brzytwy zbiera z twarzy swoich klientów podczas golenia”.

Że co robi?!?! To jest zwyczajnie obrzydliwe. Pomijam już nawet kino, które ogrywa się w mojej głowie za każdym razem, kiedy czytam ten fragment – fryzjer częściowo zdziera skórę ze swoich klientów (z których część może cierpieć na choroby skóry lub zwyczajnie się nie myć), a Pan Kleks „wybiera z tabakierki cztery albo pięć największych i najbardziej okazałych piegów i przytwierdza je sobie do nosa”.
Trzymajcie mnie.

Dalej zresztą nie jest lepiej:

„Otóż, wracając do Mateusza, muszę powiedzieć, że przepada on za piegami Pana Kleksa, uważając je za największy przysmak. Skoro tedy Mateusz zaniemówi, Pan Kleks zdejmuje ze swojej twarzy najbardziej zużytą piegę i daje ją Mateuszowi do zjedzenia”.

Normalnie nie jestem wrażliwa, ale to jedna z najohydniejszych rzeczy, jakie przeczytałam w ostatnich latach. Pora zmienić temat.


Na początku tekstu wspominałam o niejasnym przeznaczeniu Akademii. Podczas czytania odnosiłam chwilami wrażenie, że Adaś trafił po prostu do zwykłej menelni, Pan Kleks przebywał w stanie wiecznego delirium, a swoimi wynalazkami częstował również wychowanków. Zresztą sami zobaczcie:

„W kieszeniach kamizelki Pana Kleksa mieszczą się rozmaite przedmioty (…). Jest tam flaszka z zielonym płynem, tabakierka z zapasowymi piegami, powiększająca pompka, senny kwas (…) oraz rozmaite inne osobliwości Pana Kleksa”.

„Rozmaite inne osobliwości”, cóż za cudowny eufemizm! Aż boję się pytać, co w pełnym małych chłopców domu starego dziada robiła pompka powiększająca. A co z tajemniczą zieloną substancją? Według opowiadania Adasia jest to „płyn, który (…) przywraca w pamięci Pana Kleksa to, co działo się przedtem, bo podczas snu Pan Kleks wszystko, ale to wszystko zapomina”. Z moich doświadczeń wynika, że tego typu substancje mają dokładnie odwrotne działanie, ale „przecież to bajka”. Objawy odstawieniowe Ambrożego wskazują jednak na spożywanie bardziej regularne niż jedynie w celach rekreacyjnych:

„Gdy pewnego ranka zabrakło zielonego płynu, Pan Kleks nie mógł sobie przypomnieć, kim jest ani jak się nazywa, nie poznał własnej Akademii ani swoich uczniów i nawet Mateusza nazywał Azorkiem, gdyż zapomniał, że Mateusz nie jest psem, tylko szpakiem. Chodził wówczas po Akademii jak nieprzytomny i wołał:
- Panie Andersen! Zgubiłem wczorajszy dzień! Jasiu! Małgosiu! Kud-ku-dak! Jestem kurą! Zaraz zniosę jajko! Zwróćcie mi moje piegi!”.

Grubo.

Na szczęście Ambrożego ratują wesołe krasnoludki; gdyby nie ich pomoc, „Pan Kleks na pewno byłby stracił rozum i już dzisiaj nie istniałaby jego słynna Akademia”.

Cytując klasyka: „Wszyscy by na tym skorzystali”.

Ta książka w ogóle jest dziwna. Pomijając już nawet samą postać Kleksa, trudno przejść obojętnie obok dość drastycznych opisów, jak choćby wysyłania przez niego własnego oka na poszukiwania czegoś tam. Ambroży dosłownie wydłubywał sobie gałkę oczną i rzucał nią po okolicy, żeby znalazła zaginione przedmioty. Uroczo.

Okazuje się, że Ambroży był też władcą much:

„Nieznośne te owady (…) wdarły się przez otwarte okna do wnętrza domu, obsiadły wszystkie przedmioty i sprzęty, niezliczonymi rojami unosiły się i brzęczały w powietrzu, i z całą właściwą im natarczywością rzuciły się na nas. Wdzierały się do ust i nosów, wpadały do oczu, kotłowały się we włosach, kłębiły się czarnym rojowiskiem pod sufitami, w kątach, na piecach i pod stołami. (…) Światło lamp nie mogło przedrzeć się przez tę czarną, wirującą w powietrzu chmurę. Chodziliśmy po omacku, depcząc i zabijając całe chmary obsiadających nas zewsząd much, ale wcale ich przez to nie ubywało”.

Mówiłam, że melina?

Popis prawdziwego braku odpowiedzialności Pan Kleks daje jednak w ostatniej części książki. Pokłócony z nim Filip w biały dzień dostarcza do Akademii dwóch swoich synów. Ambroży nawet nie raczy do nich wyjść, obarczając obowiązkiem przyjęcia delikwentów swoich uczniów. Gdy jeden z chłopców zaczyna stwarzać problemy, Pan Kleks stwierdza, że teraz już nic nie poradzi, „Alojzy został w nocy podstępnie przemycony”.

Nie, nie został. Po prostu Ambrożemu nie chciało się ruszyć palcem, w dodatku bezczelnie stwierdził, że jego uczniowie mają poradzić sobie sami. Doskonale zdawał sobie sprawę z kłopotów, jakie sprowadzi na Akademię przybycie dzieci Filipa i nie zrobił NIC, żeby temu zapobiec.

Co najlepsze, Kleks nie reaguje na wybryki Alojzego całymi tygodniami, pozwala mu na niszczenie Akademii, dręczenie jej wychowanków i wiele innych karygodnych zachowań. Kiedy w końcu puszczają mu nerwy, okazuje się, że kluczem do uspokojenia nieposłusznego ucznia było… wyłączenie zasilania lalki. Brawo, brawo, powinszować.

Czy nudziłam się czytając tę książkę? Zdecydowanie nie. Czy chwilami mdliło mnie podczas lektury? Owszem. Czy lubiłam tę książkę dziecięciem będąc? Bardzo.

Nie jestem jednak w stanie dziś podejść do niej na poważnie. „Akademia Pana Kleksa” to dzieło, które moim zdaniem źle się zestarzało. Nie mam dzieci i książkę oceniam z perspektywy osoby dorosłej. Niestety, pewne rzeczy wybrzmiewają dziś inaczej, od niektórych skojarzeń nie da się uciec.

Czy polecam? Tak, z przymrużeniem oka. Właściwie nieźle się bawiłam i z tego powodu daję „Akademii Pana Kleksa” 3 z 5 gwiazdek.
***



Tytuł: „Akademia Pana Kleksa
Autor: Jan Brzechwa
Wydawnictwo: Zielona Sowa
Ilość stron: 184
Rok pierwszego wydania: 1946
Język: polski
Język oryginału: polski