„Akademia Pana
Kleksa” to dzieło z dzisiejszej perspektywy dość… nietypowe. Adaś Niezgódka,
12-letni rudy gamoń o dwóch lewych rękach za karę za kolejne nieposłuszeństwo
zostaje wysłany przez rodziców do tajemniczej Akademii Ambrożego K. W jakim
celu? Tak naprawdę nie bardzo wiadomo, w placówce tej dzieci bynajmniej nie
uczą się bowiem „ani tabliczki mnożenia, ani gramatyki, ani kaligrafii, ani
tych wszystkich nauk, które są zazwyczaj wykładane w szkołach”. Nie jest to też
ani szkoła przetrwania, ani zakon, ani poprawczak – jednym słowem żadne z
miejsc typowo wychowawczych.
Akademia przedstawiona
zostaje nam jako miejsce zaczarowane, obiekt westchnień i marzeń wszystkich
młodocianych chłopców. Adaś w każdym razie wydaje się zachwycony, nie do końca tylko
wiadomo czym. Dzieciaki czas w Akademii spędzają przeważnie na nauce i
sprzątaniu, czasem ktoś do nich wpadnie, czasem pójdą na wycieczkę. Czytając trzymałam
się jednak nadziei, że akcja wkrótce się rozkręci. Czy miałam rację?
Jedną z pierwszych
misji Adasia jest wycieczka do bajki Andersena o dziewczynce z zapałkami. Dlaczego
akurat tam, a nie na przykład do sklepu? Nie mam pojęcia, jednak taki ruch ma
raczej słabe walory wychowawcze, chyba że chce się młodemu człowiekowi
zafundować traumę do końca życia:
„(…) po chwili zza rogu ukazała się mała, zziębnięta dziewczynka z zapałkami. Pan Andersen wziął od niej jedno pudełko i podał mi je, mówiąc:
- Masz, zanieś to Panu Kleksowi. I przestań płakać. Nie lituj się nad tą dziewczynką. Jest ona biedna i zziębnięta, ale tylko na niby. Przecież to bajka.”
No i co, że bajka?
W związku z tym dzieciak nie ma prawa jej współczuć, spróbować pomóc? Skoro to
bajka, powinien mieć możliwość udzielić dziewczynce wsparcia – dać jej ciepły
płaszczyk, zapłacić za zapałki (przypominam, że Andersen po prostu zabrał jej
pudełko i dał Adasiowi, więc nie dość, że na mrozie, to dziewczynka pracowała
jeszcze gratis) czy uchronić ją przed śmiercią. Ale nie mógł, bo „to bajka”.
Przecież to jest głupie.
A propos.
W Akademii
przebywa również Mateusz. Niby szpak, ale jednak nie. Okazuje się, że Mateusz
to zmieniony dawno temu w ptaka książę czegoś tam. Krnąbrny, pretensjonalny,
bananowy następca tronu postanowił swego czasu sprzeciwić się kategorycznemu zakazowi
jazdy konnej i podczas nocnej wędrówki do lasu zabił króla Wilków, narażając na
zagładę całe królestwo. Nie ma w tej historii nic, co skłoniłoby mnie do współczucia
jej bohaterowi czy obdarzenia go sympatią. Nie ma w niej nic, co skłoniłoby
mnie do kibicowania mu w próbach powrotu do ludzkiej postaci (których to prób
nie podejmuje, bo widocznie jemu też nie zależy). Po co została więc
umieszczona w książce? To kolejne pytanie retoryczne. Adaś w każdym razie strasznie
się przejmuje i postanawia pomóc Mateuszowi – nie jestem tylko pewna, czy nie
wbrew woli tego ostatniego.
Przyjrzyjmy się
jednak samemu Panu Kleksowi. Jedną z jego cech charakterystycznych są piegi.
Ale nie takie zwykłe piegi! Posłuchajcie, w jaki sposób właściciel Akademii je
zdobywał:
„Co czwartek przychodzi z miasta pewien golarz, imieniem Filip, i przynosi Panu Kleksowi świeże piegi, które za pomocą brzytwy zbiera z twarzy swoich klientów podczas golenia”.
Że co robi?!?! To
jest zwyczajnie obrzydliwe. Pomijam już nawet kino, które ogrywa się w mojej
głowie za każdym razem, kiedy czytam ten fragment – fryzjer częściowo zdziera
skórę ze swoich klientów (z których część może cierpieć na choroby skóry lub
zwyczajnie się nie myć), a Pan Kleks „wybiera z tabakierki cztery albo pięć
największych i najbardziej okazałych piegów i przytwierdza je sobie do nosa”.
Trzymajcie mnie.
Dalej zresztą nie jest lepiej:
„Otóż, wracając do Mateusza, muszę powiedzieć, że przepada on za piegami Pana Kleksa, uważając je za największy przysmak. Skoro tedy Mateusz zaniemówi, Pan Kleks zdejmuje ze swojej twarzy najbardziej zużytą piegę i daje ją Mateuszowi do zjedzenia”.
Normalnie nie
jestem wrażliwa, ale to jedna z najohydniejszych rzeczy, jakie przeczytałam w
ostatnich latach. Pora zmienić temat.
Na początku tekstu wspominałam o niejasnym przeznaczeniu Akademii. Podczas czytania odnosiłam chwilami wrażenie, że Adaś trafił po prostu do zwykłej menelni, Pan Kleks przebywał w stanie wiecznego delirium, a swoimi wynalazkami częstował również wychowanków. Zresztą sami zobaczcie:
„W kieszeniach kamizelki Pana Kleksa mieszczą się rozmaite przedmioty (…). Jest tam flaszka z zielonym płynem, tabakierka z zapasowymi piegami, powiększająca pompka, senny kwas (…) oraz rozmaite inne osobliwości Pana Kleksa”.
„Rozmaite inne
osobliwości”, cóż za cudowny eufemizm! Aż boję się pytać, co w pełnym małych
chłopców domu starego dziada robiła pompka powiększająca. A co z tajemniczą
zieloną substancją? Według opowiadania Adasia jest to „płyn, który (…) przywraca
w pamięci Pana Kleksa to, co działo się przedtem, bo podczas snu Pan Kleks wszystko,
ale to wszystko zapomina”. Z moich doświadczeń wynika, że tego typu substancje
mają dokładnie odwrotne działanie, ale „przecież to bajka”. Objawy
odstawieniowe Ambrożego wskazują jednak na spożywanie bardziej regularne niż
jedynie w celach rekreacyjnych:
„Gdy pewnego ranka zabrakło zielonego płynu, Pan Kleks nie mógł sobie przypomnieć, kim jest ani jak się nazywa, nie poznał własnej Akademii ani swoich uczniów i nawet Mateusza nazywał Azorkiem, gdyż zapomniał, że Mateusz nie jest psem, tylko szpakiem. Chodził wówczas po Akademii jak nieprzytomny i wołał:
- Panie Andersen! Zgubiłem wczorajszy dzień! Jasiu! Małgosiu! Kud-ku-dak! Jestem kurą! Zaraz zniosę jajko! Zwróćcie mi moje piegi!”.
Grubo.
Na szczęście
Ambrożego ratują wesołe krasnoludki; gdyby nie ich pomoc, „Pan Kleks na pewno
byłby stracił rozum i już dzisiaj nie istniałaby jego słynna Akademia”.
Cytując klasyka: „Wszyscy
by na tym skorzystali”.
Ta książka w ogóle
jest dziwna. Pomijając już nawet samą postać Kleksa, trudno przejść obojętnie
obok dość drastycznych opisów, jak choćby wysyłania przez niego własnego oka na
poszukiwania czegoś tam. Ambroży dosłownie wydłubywał sobie gałkę oczną i
rzucał nią po okolicy, żeby znalazła zaginione przedmioty. Uroczo.
Okazuje się, że Ambroży
był też władcą much:
„Nieznośne te owady (…) wdarły się przez otwarte okna do wnętrza domu, obsiadły wszystkie przedmioty i sprzęty, niezliczonymi rojami unosiły się i brzęczały w powietrzu, i z całą właściwą im natarczywością rzuciły się na nas. Wdzierały się do ust i nosów, wpadały do oczu, kotłowały się we włosach, kłębiły się czarnym rojowiskiem pod sufitami, w kątach, na piecach i pod stołami. (…) Światło lamp nie mogło przedrzeć się przez tę czarną, wirującą w powietrzu chmurę. Chodziliśmy po omacku, depcząc i zabijając całe chmary obsiadających nas zewsząd much, ale wcale ich przez to nie ubywało”.
Mówiłam, że
melina?
Popis prawdziwego
braku odpowiedzialności Pan Kleks daje jednak w ostatniej części książki. Pokłócony
z nim Filip w biały dzień dostarcza do Akademii dwóch swoich synów. Ambroży
nawet nie raczy do nich wyjść, obarczając obowiązkiem przyjęcia delikwentów
swoich uczniów. Gdy jeden z chłopców zaczyna stwarzać problemy, Pan Kleks
stwierdza, że teraz już nic nie poradzi, „Alojzy został w nocy podstępnie
przemycony”.
Nie, nie został.
Po prostu Ambrożemu nie chciało się ruszyć palcem, w dodatku bezczelnie stwierdził,
że jego uczniowie mają poradzić sobie sami. Doskonale zdawał sobie sprawę z
kłopotów, jakie sprowadzi na Akademię przybycie dzieci Filipa i nie zrobił NIC,
żeby temu zapobiec.
Co najlepsze, Kleks
nie reaguje na wybryki Alojzego całymi tygodniami, pozwala mu na niszczenie
Akademii, dręczenie jej wychowanków i wiele innych karygodnych zachowań. Kiedy
w końcu puszczają mu nerwy, okazuje się, że kluczem do uspokojenia
nieposłusznego ucznia było… wyłączenie zasilania lalki. Brawo, brawo,
powinszować.
Czy nudziłam się
czytając tę książkę? Zdecydowanie nie. Czy chwilami mdliło mnie podczas lektury?
Owszem. Czy lubiłam tę książkę dziecięciem będąc? Bardzo.
Nie jestem jednak
w stanie dziś podejść do niej na poważnie. „Akademia Pana Kleksa” to dzieło, które moim
zdaniem źle się zestarzało. Nie mam dzieci i książkę oceniam z perspektywy
osoby dorosłej. Niestety, pewne rzeczy wybrzmiewają dziś inaczej, od niektórych
skojarzeń nie da się uciec.
Czy polecam? Tak,
z przymrużeniem oka. Właściwie nieźle się bawiłam i z tego powodu daję „Akademii
Pana Kleksa” 3 z 5 gwiazdek.
***
Język: polski