Friday, 17 March 2017

Robert Faulcon: "Widmo". Recenzja najgorszej ksiązki świata.


„Widmo” Roberta Faulcona (pseudonim „artystyczny” Roberta Holdstocka, choć o artyzmie nie bardzo można tu mówić) to kolejna z książek, które do mnie trafiły i przez lata zalegały na półce. Pamiętam jak dziś, że jakieś 12 lat temu przyniósł mi ją z bibliotecznej wyprzedaży ówczesny chłopak. Były to czasy, kiedy zaczytywałam się w horrorach, szczególnie Kinga i Mastertona, więc kolejna tego typu pozycja w skromnym zbiorze bardzo mnie ucieszyła. Kilka dni temu, po lekturze „Chłopów”, miałam ochotę na coś lżejszego. Padło na „Widmo” – a już po kilku stronach i ja myślałam, że padnę.
Książka ta to pierwszy z 6 tomów cyklu „Nocny Łowca”. Całość zaczyna się mało zrozumiałą pogonią i śmiercią jakiegoś mężczyzny. Coś czai się w tłumie, budzi przerażenie, a następnie rozszarpuje przypadkowego człowieka na strzępy. Zaczęło mi się się podobać.

Kolejny rozdział to wypadki właściwe, wyjaśniające sens całej serii. Nie zdradzę chyba zbyt wiele pisząc, że żona i dzieci głównego bohatera zostają porwani przez niezwykłe istoty, a on sam, cudem przeżywając atak, postanawia powziąć zemstę i odzyskać rodzinę. Tyle mniej więcej jest zresztą napisane na okładce.


TŁUMACZ

Historia jakich wiele, a jednak... Nigdy nie czytałam tak złej książki. Wszystko jest tu fatalne – od fabuły i stylu, przez bohaterów, na tłumaczu kończąc. Wydaje się, że ta powieść jest tak beznadziejna, że w zasadzie nie da się tu już nic zepsuć, jednak Annie Jasiakiewicz, która podjęła się translacji tego dzieła, w spektakularny sposób się to udało. Takiej ilości powtórzeń, błędów składniowych, stylistycznych, fleksyjnych, interpunkcyjnych i ortograficznych na raz nie widziałam chyba nigdzie.  Pozwólcie, że przytoczę kilka fragmentów, wraz z uwagami własnymi:

– Co się, do diabła, z nami dzieje? – spytał cicho Dan (...).
– Nic co nie można by wyjaśnić przepracowaniem (...). No cóż, niektórzy widocznie nie uznają fleksji.

Mocno przylgnęła do ojca i kiedy byli już na dole, przed wygasającym kominkiem, zwinęła się na kolanach ojca. Nadal nie jestem pewna, czy to z ojcem była przed tym kominkiem. Za mało ojca w ojcu.

Opowiedział o swojej pracy i o pracy Alison, i o jej pobycie w Afryce. W końcu, wyczerpany, opowiedział o wszystkim, o czym mógł opowiedzieć. – Następnie opowiedział również o wszystkim, czego co prawda nie chciał opowiadać, ale musiał opowiedzieć, bo nie opowiadając tego, nie opowiedziałby historii do końca.

– Czy miałeś takie objawy? (...)
–Tak, miałem. Migreny, straszliwe migreny. Gdzieś od... lipca i niestrawności. Nie znam takiego miesiąca jak niestrawność. A Wy?

– Potrzebujemy ich. (...) I Andrewa też.
Według Poradni językowej PWN Andrew to (...) imię nieodmienne, zarówno w języku mówionym, jak i pisanym. Szkoda, że tłumaczowi nie chciało się tego sprawdzić, imię to jest bowiem konsekwentnie odmieniane w całej powieści.

– Zaznacz tłuszczem zwierzęcym koło, może być też masło. – To w końcu koło czy masło?

Nawet jeśli krył się za tym ścigający ją człowiek, to owe widmo rozciągało się na bardzo wielkiej przestrzeni. Widzę, że nieumiejętność odmiany zaimka „ów” to nie tylko domena współczesnego pokolenia internetu. Użycie tautologii pominę milczeniem.


AUTOR

I tak dalej, i tak dalej. Gdybym chciała wytknąć tłumaczowi wszystkie błędy, po prostu przepisałabym tę książkę. Sam autor jednak również się nie popisał:

– (...) Idealny byłby kwarc, gdyż jest tak twardy jak diament i trudno go połamać. – Błąd rzeczowy. Kwarc nie jest tak twardy jak diament. W skali Mohsa wykazuje wartość 7, diament natomiast - 10.

Również zachowania i decyzje głównego bohatera były często tak nielogiczne lub sprzeczne ze sobą, że chwilami trudno było w to wszystko uwierzyć. Cud, że Dan w ogóle przeżył ten pierwszy tom.
Przykłady? Proszę bardzo.

W rozmowie z przyjacielem Dan Brady oświadcza, że ma pieniądze – odziedziczył majątek żony, pomoże mu ojciec i rząd. Kilkanaście stron później oświadcza jednak, że w sumie to nie bardzo będzie miał teraz za co żyć. Następnie czytelnik dowiaduje się, że bohater postanowił wybudować wokół swego domu mur, bo ma pieniądze. Czy ja o czymś nie wiem?

Sam mur to również godne pochwały przedsięwzięcie. Cytuję: Jak mógł powiedzieć Suchockowi, że to czego oczekiwał nie da się zatrzymać za pomocą kul karabinowych ani samym murem. Aha. To po co go budować, szczególnie nie mając pieniędzy? Dla Brady’ego ważne było poczucie bezpieczeństwa. No tak, to faktycznie ważny powód, szczególnie jak się nie ma pieniędzy (a może jednak ma?). Dalej jest jeszcze lepiej: Mur rozciągał się dookoła ogrodu, budowano go na wysokość dwóch stóp za istniejącym już płotem. Dwie stopy, czyli jakieś 60 cm. Faktycznie, nie do przeskoczenia.

W trakcie budowy Brady staje się ofiarą niespodziewanego ataku. Nieznana siła kruszy jakże niebezpieczną barierę ochronną. I uwaga: Poprzez wyrwę w murze wdarł się lodowaty wiatr, któremu towarzyszyło nieziemskie wycie. Jeśli dobrze rozumiem, chodzi o dziurę w murku wysokim na raptem 60 cm, stojącym na otwartej przestrzeni. Czyli co, wiatr w Stanach nie wieje powyżej tej wysokości i dopiero wybicie dziury w przeszkodzie umożliwiło mu „wdarcie się” do ogrodu?

Po tym niesamowitym ataku groźnego huraganu, Ellen postanawia wzmocnić bariery ochronne. Te kawałki płótna muszą być umoczone w naszej krwi, potem pocięte na kawałki. (...) Wmurujemy je w mur na wysokości czterech stóp. Pomijam już nawet stylistykę ostatniego zdania, ale jakim cudem chcecie robić coś na wysokości czterech stóp w dwustopowym murze..? Następnie dowiadujemy się jednak, że (...)dwa dni później Mur Talizmanów był już wysoki na prawie pięć stóp. Aha, pewnie znowu coś przegapiłam.  


BOHATEROWIE

Swoją drogą, Brady to niezwykle inteligentny i sprytny facet:

Na piersiach nosił zimny kawałek marmurowej rzymskiej płytki podłogowej z wydrapanym swoim znakiem, wymyślonym przez Ellen. Było tam też jego tajne imię (...). Gdyby napastnik dowiedział się, że jego symboliczne imię brzmiało Daniel Brady, wtedy Brady byłby dużo słabszy i mógłby nie przeciwstawić się atakowi. Czyli tak: główny bohater nazywa się Daniel Brady. Jego symboliczne imię to dla odmiany Daniel Brady. Cóż za przebiegłość…
Brak zdrowego rozsądku, którym co chwilę wykazuje się Dan, również woła o pomstę do nieba. Przypominam, że nasz dzielny bohater walczy przeciwko przerażającym nieczystym siłom, nie mając pojęcia kim tak naprawdę jest przeciwnik. Tymczasem podczas jednego z tajemniczych ataków, Brady wybiega do ogrodu nago, bez broni i świecąc gołym zadkiem wypowiada wojnę wrogom. Na pewno wzięli go na poważnie i bardzo się przejęli.

Ellen, z którą walczy on o odzyskanie rodziny, również niesamowicie mnie irytowała. Na szczęście dość szybko ją zabiło. Dla zobrazowania, dlaczego tak działała mi na nerwy, przytoczę Wam tylko dwa fragmenty:

 Uszczypnęła go w policzek.
– Trzymaj się, Dan.

oraz

Ellen poklepała go po policzku, jakby chciała powiedzieć: Teraz już wiesz. – No, już ja bym cię poklepała… Na zawsze by ci się odechciało.

W końcu Brady i Ellen idą ze sobą do łóżka (kto by się spodziewał!). Przepraszam, najpierw przez godzinę zastanawiają się, czy w obliczu niedawnej straty swoich małżonków powinni to robić. Może tak, a może nie... W sumie... Hm... Właściwie to nie w porządku, Brady potrzebuje czasu, kto wie, możliwe, że ze zdenerwowania nie będzie mógł... Autentycznie, takie bzdury przez kilka stron. W końcu Ellen decyduje:

– Martwić się teraz zdradą, to byłaby śmieszna forma samozaprzeczenia. No tak, koń by się uśmiał. Hulaj dusza, męża nie ma.

Same dialogi toczące się między nimi także zasługują na wyróżnienie. Zapraszam do lektury:

– To tylko próbny atak – ostrzegła go Ellen. Nie zaangażował się w niego umysł człowieka. Było to silniejsze niż Obserwator, ale jednak stosunkowo słabe. Można je zwalczać silnym przekonaniem, że jest się w stanie go odeprzeć.
– Co powiesz o tym ataku?

Yyy... Właśnie opowiadała o nim przez pięć minut, trzeba było słuchać.

Nawet ludzie biorący udział w śledztwie to idioci. Na swojej posesji Brady znajduje zwłoki. Z pobliskiego posterunku przyszło dwóch nieumundurowanych policjantów. Przyjechali samochodem. To w końcu przyszli czy przyjechali? Następnie popatrzyli na ciało, obeszli cały ogród, sprawdzili mur na zewnątrz. Zadali kilka pytań (...). Kiedy odpowiedział, że przez ostatnie kilka miesięcy był w szpitalu, pojęli kim jest i nie bardzo wiedzieli, co powiedzieć. No tak, bo po co zapytać o tożsamość faceta, którego wypytuje się o okoliczności znalezienia zwłok.

***

Robert Faulcon, autor, za wszelką cenę próbuje przekonać czytelnika, że jego książka to prawdziwe arcydzieło horroru, czerpiące z najwspanialszych klasycznych wzorców gatunku. „Widmo” pełne jest więc grafomańskiego nazewnictwa wszystkiego. Nagle pojawiają się opisy takie jak ten: Kiedy rozpoczął się atak, Brady i Ellen przycupnęli akurat przy Linii Odbicia (druga strefa Ellen) wyznaczającej granicę zona magnetica. Zaczynała się cztery jardy od Muru Talizmanów i była do niej równoległa. Zona magnetica miała zatrzymać każdą siłę podstawowych żywiołów, które mogłyby przeniknąć linie obronne stworzone przez Mur Talizmanów i Linię odbicia. Proszę? Żadna, absolutnie żadna z tych nazw, nie została wcześniej wymieniona w powieści. Brak również jakiegokolwiek wyjaśnienia, czym jest Linia Odbicia czy „druga strefa Ellen”. Przeczytałam książkę do końca, a tego fragmentu nadal nie rozumiem.

„Widmo” w całości składa się z takich głupot. Mam w zanadrzu co najmniej jeszcze raz tyle przykładów, ale przyznam, że jedyne, o czym w tej chwili marzę, to rozstać się z nim na zawsze. Ta książka jest po prostu głupia – głupi są bohaterowie, fabuła, dialogi i cała ta zagadka. Mam w domu jeszcze cztery tomy, ale chyba na razie daruję sobie czytanie ich. Muszę najpierw ochłonąć.

Trudno mi też wystawić tu jakąkolwiek ocenę, ponieważ nie przewidziałam w swojej pięciostopniowej skali książek aż tak złych. Chcąc nie chcąc, daję jej 1 z 5 gwiazdek, mniej niestety nie mogę. Powieści nie polecam absolutnie nikomu, kto nie ma zapędów masochistycznych lub zamierza czytać ją w bez wspomagaczy. Nie róbcie sobie tego, nie warto.

*